TAAAKIE ŻYCIE

POPIEPRZONY JEST TEN ŚWIAT

Silna ze mnie babka. I konkretna też. Nawet, jak upadam, to szybko wstaję, bo szkoda mi życia na spędzanie go w płaszczyźnie przeciętności. Ale niektóre sytuacje uruchomiają we mnie znienawidzone poczucie bezsilności. Daleka jestem od popadania w paranoję, daleka od popadania w skrajności, ale ostatnio myślę, że coraz bardziej popieprzony jest ten świat.

Po raz drugi w tym roku miałam to kłujące uczucie déjà vu. Miejsca, w których byłam, ulice – którymi chodziłam, przyjemne wspomnienia zaburzone obrazem tego, co było później.

Do trzech razy sztuka?

Marzec – wyjątkowo tanie bilety lotnicze zabrały mnie z mężem do Brukseli. Cudowny weekend, udana pogoda, wiele przygód, powrót do domu. Niby zwyczajny scenariusz. Tylko nietypowe było kilkugodzinne opóźnienie samolotu, bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Odlot, przylot i telefon od rodziny czy już wróciliśmy. I żebyśmy sprawdzili wiadomości…

Sprawdziliśmy – lotnisko, na którym byliśmy ledwie kilka godzin wcześniej już nie było tym samym lotniskiem. Zamach – jedno słowo, które zmieniło wszystko.

Grudzień – tradycyjny, coroczny wypad do Berlina na świąteczne jarmarki. Z planem bez planu, tylko dobrze się bawić i napić grzanego wina, zagryzając przepysznymi zakąskami. Zapomnieć o codzienności by na chwilę znaleźć się w innej rzeczywistości. Berlin – miasto tak bliskie, a jednak tak dalekie. I to nie o odległość chodzi, ale o zmiany jakie w nim nastąpiły w ostatnim czasie. O ten nieznany wcześniej strach czy nikt nie kopnie mnie w plecy czy nie zrzuci ze schodów stacji metra. Podobno świat idzie naprzód, ale według mnie zrobił zbyt wiele kroków wstecz…

I znów powrót do domu. Praca i inne obowiązki wynagrodzone wieczorem spędzonym w niepowtarzalnej ekipie przy wspólnym stole i kolędowaniu. Śmiech, radość, rozmowy… i  cisza przerwana kolejnym czerwonym nagłówkiem najnowszego newsa o ciężarówce wjeżdżającej w tłum zgromadzony na jarmarku, na którym sama byłam w miniony weekend.

Efekt motyla

Rozmijam się z tymi wydarzeniami o godziny. W głowie kumulują się myśli, że wystarczyłby splot innych wydarzeń, swoisty efekt motyla, abym to ja była wynoszona w czarnym worku.

I tu nie chodzi o żadną dramaturgię czy o nadpisywanie zdarzenia bądź jak kto woli – o zbyt osobistą interpretację. Bo nie pozwolę zamknąć się w czterech ścianach w obawie przed czyimś cieniem. Będę żyła tak jak do tej pory, będę łaknęła świata i będę głodna podróży oraz nowych wyzwań. Ale tu chodzi o to, że jeszcze do niedawna takie lęki były mi obce, a teraz moja lampa czuwania świeci się mocniej jak nigdy wcześniej. To jest cholernie męczące, zaś egzystencjalne baterie szybciej się rozładowują…

Ech… Coraz bardziej popieprzony jest ten świat.

  • Kasia B. Salak (Caligo)

    Jak i Ty bywałam blisko. A w 1993 roku nawet bliżej niż teraz. Dzień chyba dzielił mnie od wybuchu bomby w galerii Uffizi (i już wtedy obiecałam sobie nie ulegać panice i czarnowidzeniu)…
    Równie blisko jesteśmy wypadków samochodowych, ale czy reagujemy na nie podobnie emocjonalnie jak na zamachy terrorystyczne?

    Nie boję się własnego cienia. Tak jak napisałaś: trzeba starać się żyć ‚po’ tak jak żyło się ‚przed’. Co absolutnie nie oznacza zapominania o ofiarach.

    Na złe zbiegi okoliczności nie jesteśmy nigdy (dość) przygotowani.
    Chyba po prostu nie chcemy być – inaczej byłoby tak, jakbyśmy ich oczekiwali – wciąż zalęknieni, niepewni.

    A poza wszystkim: to oczywiste, że gdyby stało się inaczej, to… byłoby inaczej. Jak (dokładnie)? Tego nie wiemy. Taki urok życia 🙂

    A świat zawsze był popieprzony od kiedy rządzi nim homo sapiens – rzezie, krwawe porachunki, wojny na tle różnych ideologii, w tym wojny religijne. Nadto walka o strefy wpływów, czyli (też jak w przypadku religii) walka o pieniądze.

    • I tak się zastanawiam – czy kiedykolwiek człowiek człowiekowi przestanie być wilkiem? Chociaż mam wrażenie, że i wilki mają więcej zasad niż gatunek ludzki… :/

  • Agnieszka Legat

    Rozumiem Cię doskonale, bo tak się złożyło, że ja w zeszłym roku też byłam w Brukseli, ledwie tydzień przed zamachami… Teraz tam tymczasowo mieszkam i prawie codziennie mijam stację metra, na której również doszło do wybuchów. Zdarzały mi się także i inne tego typu sytuacje, kiedy było „o włos”. Tak sobie myślę, że codziennie mijamy się z takimi sytuacjami, tylko nawet o tym nie wiemy. Zwracamy na to uwagę dopiero wtedy, kiedy stanie się coś złego. Skąd wiesz, co by się stało, gdybyś np. wyszła dziś do pracy 15 minut wcześniej? Świetnie pokazują to filmy, takie właśnie jak „Efekt motyla”, o którym wspominałaś. Ja uważam, że jeśli coś złego ma się stać, to i tak się stanie. Niestety świat stopniowo pogrąża się w szaleństwie (właściwie nie tyle świat, co ludzie), ale mimo wszystko nie wolno, moim zdaniem, poddawać się ogólnej paranoi.